p.w. św. Jakuba w Sandomierzu
 

 

Klementyna z Tańskich Hofmanowa
Przejażdżka w Sandomierskie

"Dzieła Klementyny z Tańskich Hofmanowej" pod red. Narcyzy Żmichowskiej,
tom V, Warszawa 1876, s. 286-301.

Sandomierz, dnia 8 Sierpnia 1826 roku.

Dwa dni spędziłam mile w tem mieście tyle sławnem, a dzięki uprzejmym moim przewodnikom, sądzę żem widziała wszystko co do widzenia było. Przed laty, dokładne zwiedzenie Sandomierza byłoby zapewne więcej dni zajęło; był czas kiedy to miasto niemal pierwsze po Krakowie trzymało miejsce, o wiele przewyższało Warszawę - dziś rzeczy inaczej stoją: czas zmiennik przeistoczył je zupełnie. Wioski teraz blizko o mile od Sandomierza odległe, Złota, Szewce i inne, dawniej były przedmieściami, gdzie rzemieślnicy tych cechów mieszkali - ale bo toż mało które miasto w Polsce, tyle odmian losu doznało. Okaże się to najlepiej z krótkiego rysu historyi, zaszłych w niem zdarzeń, kreślonego z dobrych źródeł.

Piękna, wesoła, urodzajna, wzgórzysta okolica Sandomierza, w najdawniejszych wiekach od rozmaitych hord zamieszkaną była; dowodem tego liczne po pagórkach rozsiane starożytne mogiły, w których dotąd (osobliwie w wiosce Swięcicy), wykopują wiele monet rzymskich cesarzów, w zdobyczy przez nie w te siedliska unoszonych. Że zaś miasto samo jeszcze Słowiańskich ludów było osadą, okazuje nazwisko jego pierwotne Sadomir, sąd pokoju, które nieco przekształcone dotąd nosi. świeższe bowiem badania więcej do tego początkowego zdają się skłaniać wywodu, niżeli domierzanie Sanu, który o dwie mile niżej pod Zawichostem w Wisłę wpada. Jakkolwiekbądź, niezawodną jest rzeczą, iż za czasów Mieczysława i Chrobrego, już istniało to miasto i do celniejszych w polskiej należało krainie. W podziale między synów przez niebacznego Krzywoustego w roku 1136 uczynionym, Sandomierz i ziemia jego dostały się Henrykowi, który na wojnę krzyżową do Palestyny się wyprawił; po zgonie, odziedziczył tę dzielnicę Kazimierz, słusznie Sprawiedliwym zwany, i on najwięcej pomyślności i ozdób grodu tego, podstawę założył. Tu po nim zamieszkała wdowa jego Helena, matka Leszka Białego; tu zaszedł ów spór szlachetny, w którym przyjaźń i wdzięczność powab korony przemogły. Ztąd o mil parę pod Zawichostem, dnia 19 Czerwca 1204 r., owe pamiętne w dziejach ojczystych odniesione zwycięztwo nad Romanem ks. halickim, który życiem wiarołomstwo swoje i śmiałość przypłacił. Tu odbył się wspaniały jego pogrzeb i ciało w kolegiacie chowane było, dopókąd poddani za tysiąc grzywien i wolność jeńców polskich go nie wykupili. Tu pobożna Adelajda siostra Leszka Białego mieszkała i tu spoczywa. Tu pod Bolesławem Wstydliwym zaczęło się snuć dla miasta tego pasmo klęsk srogich. W roku 1241, Tatarzy pod wodzem Pętą albo inaczej Bogdanem zwanym, po zniszczeniu krainy ruskiej do Polski wpadli; za pomocą srogiej zimy, która im po wszystkich rzekach mosty stawiała, przeszli Wisłę, wzięli Sandomierz i naznaczyli mieczem i ogniem ślady swego zwycięztwa.

Ledwie to nieszczęsne miasto dobywać się zaczęło z gruzów i popiołów, aliści drugi napad jeszcze go więcej pogrążył. Pod dowództwem Telebuga i Nahaja wpadli znowu Tatarzy do Polski w końcu r. 1259, złączeni z trzema książętami pogranicznemi. W pierwszych dniach Lutego 1260 r. otoczyli Sandomierz; ale opierał im się czas jakiś. Dowodził w nim dzielnie Piotr Krempa, starosta miejscowy. Nie mogąc pokonać go mocą, umyślili podejść zdradą. Trzej książęta sprzymierzeńcy Tatarów, wezwali go przez trębacza, aby się poddał, obiecując całość oblężonym. Krempa długim oporem zmęczony i łatwowierny, udał się do ich obozu z bratem Zbigniewem i kilku z rycerstwa, dla ułożenia ugody. Ledwie się zbliżył, kiedy wpadli na niego i towarzyszy, a zbiwszy ich srodze, oddali w ręce wodzów Tatarskich, którzy im wszystkim ucięli głowy. Korzystając potem z trwogi i żalu, w jakie ta wieść okropna zamek i miasto pogrążyła, napadli na nie, wzięli, najsroższych dopuszczając się morderstw. Wtenczasto poległo tylu niewinnych, a między innemi 49-iu zakonników ś. Dominika, modlących się w swoim kościele; wtenczasto krwi miało być tyle rozlanej, że płynęła potokiem po zmarzłych jeszcze nurtach Wisły. Ta klęska stała się powodem, iż miasto z miejsca, gdzie dotąd wznoszą się kościoły Ś. Pawła i Jakóba, przeniesiono na pagórki warowniejsze nad brzeg Wisły. Leszek Czarny, Bolesława Wstydliwego następca, tę jakby nową osadę obdarzył przywilejem lokacyjnym. W niej brat jego Władysław Łokietek z żoną Jadwigą nieraz przemieszkiwał. Dla niej Kazimierz Wielki, ów miast polskich i całego kraju dobroczyńca, wiele uczynił: wzniesione za poprzedników budowy przekopem, warownym murem i wieżami opasał. Do tego schronienia, ręką przezornego króla i ojca zgotowanego, cisnęli się nieraz strwożeni okolic mieszkance; wiadomo bowiem, jak długo pustoszyły ojczyznę przez dzicz tatarską szeroko zapuszczane zagony; w jednym z tych srogich napadów, twierdzę Sandomierz uratowała niewiasta. Elżbieta z Tarnowa, wychowanka siostry Kazimierza Wielkiego, Elżbiety królowej węgierskiej, zmuszona uciekać z poblizkiej włości swojej, Wielowsi zwanej, schroniła się do tej warowni; już znękani mieszkańcy długo wytrzymanem oblężeniem, bramy najezdnikom otworzyć mieli, kiedy ona dodała im męztwa i zupełnie odparli nieprzyjaciela.

Następcy Kazimierza zniewalani szczęśliwem, sprzyjającem handlowi położeniem miasta i przywiązaniem jego mieszkańców, szczodrze obdarzali go swobodami; dali mu prawo bicia monety; porównali w przywilejach z Krakowem, Poznaniem i Lwowem; uwolnili od opłaty od win węgierskich; pewny udział hojności w rozdawnictwie soli wielickiej i bochneńskiej przeznaczyli; zbogacili składem towarów a nareszcie wraz z kilkoma innemi miasty przypuścili do wyboru obierania królów. Zygmunt I, dawny zamek odnowił i powiększył; Zygmunt August z ojcowską troskliwością w najdrobniejsze sprawy cenionych od siebie Sandomierzan wchodził; w ostatnich leciech jego panowania, zawarty tu został konsens między wyznaniem Augsburgskiem, Szwajcarskiem i braci Czeskich, który służył za podstawę konfederacyi, w czasie bezkrólewia na sejmie podpisanej.

Pod szczęsnem panowaniem Jagiełłów, jak całej Polsce tak i temu miastu dobrze się działo: zamożne i bogate, pożyczało królom dział ze swojej zbrojowni; z tego stanu kwitnącego strąciła go wojna, ta ludów i kraju zabójcza kosa: w r. 1655 za panowania Jana Kazimierza, opanowali Szwedzi zamek i miasto, a uznawszy tę warownią za jedne z najważniejszych, sprowadzili do niej wszystkie działa z wziętych dotąd zamków polskich i tam główne założyli stanowisko. Król ich Karol Gustaw obozował z drugiej strony Wisły. Ale Polska choć w smutnem wówczas położeniu, miała jak zawsze dzielnych obrońców i prawych synów swoich. Lubomirski i Czarniecki z wojskiem jakie zebrać mogli, podeszli pod Sandomierz i nacierali mocno. Król szwedzki odcięty od swoich, sam w trudnem był położeniu, i ratunku przynieść im nie mógł; chciał most na-Wiśle postawić, ale wezbrana woda zniszczyła ten jego zamiar. Jednak radzić sobie umiejący, wysłał do dowódzcy warowni, wydał tajemne rozkazy, a w noc ciemną podesławszy statki, tyle sprawił, że osada cała przewiozła się przez Wisłę; oblegający Polacy dopiero z brzaskiem jutrzenki obaczyli otwarte bramy zamkowe i ucieczkę nieprzyjaciela. Uradowani i zgłodniali (bo natenczas wielki był niedostatek żywności w spustoszonym kraju) rzucili się hurmem do zamku; lecz zaledwie niektórzy z nich zaczęli głód swój zaspakajać, kiedy wybuchnęła okropna zdrada. Nieprzyjaciel uchodząc podłożył prochy: prawie cały zamek zagrzebał się w rozwalinach; przeszło 2.000 ludzi życie straciło i bardzo wiele domów miejskich od tego ognia spłonęło, albo uszkodzonych zostało.

Od tej pory już nigdy ani zamek, ani Sandomierz do dawnej świetności nie wrócił. Jakkolwiek odbudowany, ucierpiał wiele w czasie konfederacyi Barskiej, kiedy koleją przez obie strony był posiadany. Ostateczny zaś cios, ale może najchlubniejszy zadanym mu został, już za pamięci naszej w roku 1809, w którym dwakroć orężem w ręku był zdobyty i utracony. Wypadki historyczne, jak ich zowią wczorajsze, najmniej nam są wiadome; znamy nieźle obecne, a najlepiej dawne: żadnych wiec szczegółów o tom oblężeniu Sandomierza nie wiedzą, badałam kogo mogłam, i oto jest com zebrać zdołała. Arcyksiążę Ferdynand, którego imię na zawsze godłem szlachetnego przeciwnika się stało, z Sandomierza miejsce główne składu broni i obrony uczynił, załoga była liczna, armat przeszło 80. Książę Poniatowski wysłał jenerała Sokolnickiego na czele dywizyi do oblężenia miasta, sam główną kwaterę założył we wsi Trześni za Wisłą. W dywizyi Sokolnickiego był pułk 6-ty jazdy Dziewanowskiego, pułk 6-ty piechoty Sierakowskiego, pułk 12-ty Wejsenhofa. Jako ochotnik przyłączył się Włodzimierz Potocki, podpułkownik artyleryi i stanął na czele woltyżerów. Sokolnicki postępując od strony gdzie San z Wisłą się łączy, pułkowi Wejsenhoffa kazał uderzyć na bramę Opatowską zwaną; ten punkt był najsilniej broniony. Wejsenhoff wysłał oddział, a na czele jego księcia Marcellego Lubomirskiego.

Był to młodzieniec pełen nadziei: pałał chęcią być użytecznym ojczyźnie i wsławić się; z powołania obrał stan wojskowy; w chwilach wolnych czytywał księgi do rzemiosła swego służące, rozmawiał z doświadczonymi, w chwilach walki zawsze był pierwszy do boju. I w tym niebezpiecznym razie nie wymawiał się, owszem wystąpił skwapliwie i z zapałem. Lecz przywitany został wraz ze swemi gradem kuł i kartaczów; od jednej z nich ugodzony, przy samej bramie Opatowskiej padł i na miejscu skonał. Cofnąć się musiał oddział cały, a Sokolnicki tak przemówił do 6-go pułku:
"Dwunastemu się nie powiodło, może wam się uda". Jakoż zgadł: dowódzca 12-go pułku wyśledził miejsce warowni najmniej strzeżone, opanował bramę Opatowską, uwiadomił Sokolnickiego; szturm zewsząd przypuszczono i tej samej nocy Sandomierz opanowanym przez Polaków został; osada nieprzyjacielska wyszła, lecz nie bez znacznego ubytku.

W tej pamiętnej nocy wsławiło się imion wiele; niech mi wolno będzie wymienić kilku z tych, którzy już nie żyją: Dziewanowski, Bogusławski, a przed wszystkiemi Włodzimierz Potocki; młodzieniec ten niepospolity, serce anioła, męztwo i hojność Polaka mający, zupełnie szedł w ślady Józefa Poniatowskiego; szacowany od oficerów, uwielbiany od żołnierzy, do boju występował z takim pośpiechem, jak drudzy na ucztę; postanowił sobie być jednym z pierwszych na wałach Sandomierza i obiecał po 15 czer. zł. nagrody, tym wszystkim woltyżerom, którzy z nim pójdą. Gdy się już zabierano do ataku, namówiony od jednego z przybocznych swoich, ubrał się w płaszcz żołnierski, ażeby mniej być od nieprzyjaciół uważanym; to przebranie się ledwie o śmierć go nie przyprawiło: bo już wstąpiło wielu Polaków na okopy, wstąpił i Potocki, kiedy jeden z naszych przybiegłszy, wziął go za Austryaka przy migającem się świetle dawanego ognia, i uderzył kolbą w piersi. Potocki padł, ale natychmiast podniósł się; płaczącego nad nim żołnierza pocieszał temi słowami: "że nic mu nie jest, ani będzie", a chociaż cierpiał wiele, jak drugi Czarniecki nie czuł bólu z radości, że już twierdza zdobyta. Wkrótce potom kiedy oficerowie wyżsi zebrani u Sokolnickiego, wesołej byli myśli, trzech jenerałów wysłanych od dowódzcy nieprzyjacielskiego, przybyło do bram żądając pomówienia. Sokolnicki wpuścić ich kazał; oni oświadczyli: "iż wysłani są z ofiarowaniem kapitulacyi, gdyż inaczej arcyksiąże szturm przypuścić każe, a jest niepodobieństwem, aby Polacy Wisłą odcięci od głównego korpusu obronić się mogli; zatem niech wcześniej broń złożą". Na te słowa jeden z obecnych pułkowników powiedział: "Polacy nie przywykli broni składać; ja pierwszy pokaże, iż nie jesteśmy odcięci od głównego korpusu, bo przerżnę się przez nieprzyjaciół i złącze z moim wodzem". To powiedziawszy wyszedł, kazał zatrąbić i wystąpić do marszu pułkowi swemu; inni poszli za jego przykładem, a dowodzący jenerał taką dał odpowiedź: "Jeśli arcyksiążę chce odebrać Sandomierz, niech się o niego z bronią w ręku dobija".

Odjechali wysłańce, a wkrótce przyjechali dwaj inni z odpowiedzią przeciwnika, że przyjmuje wyzwanie i o północy na miasto uderzy. Wzięto się wiec do przygotowań, do naprawy naprędce popsutych okopów; miejsca słabe najsilniej opatrzone zostały; męztwo zagrzewało wszystkich: każdy tam stojąc gdzie mu należało, wyglądał niecierpliwie i niespokojnie umówionej godziny. Dopiero wybić miała, kiedy nieprzyjaciel taki razem dał ogień, że się zdawało, iż świat płonie; sądząc po ogromnym huku, książę Poniatowski (jak mówił potem) pewnym był, że cały Sandomierz wysadzony w powietrze został. Zewsząd nacierali Austryacy, zewsząd Polacy ich odparli; żadnego nie odebrano im stanowiska. Już kościółek ś. Pawła opanować nieprzyjaciele mieli, ale jeden z broniących go, armatę postawił w przejściu wąwozu i dojść już tą drogą nie mogli; w tymto kościółku i na cmentarzu jego kilkudziesiąt Polaków kilkoma armatami, a więcej jeszcze męztwem i przytomnością bronionych, opierało się do świtu nieprzyjacielowi; o tej porze zewsząd odstąpił, i Sandomierz uszkodzony wprawdzie, w wielu miejscach trupami zasłany, został w ręku Polaków.

Od tej pamiętnej nocy 17 Czerwca, wiele domów, kościołów, ogniem spłonionych, odbudowanemi już nie zostało; utracił nawet Sandomierz nazwisko warowni, a sterczące, smutne szczyty wież, szczątki opuszczonych murów, do których ubodzy mieszkańcy nędzne przyczepiają domostwa, brama Opatowska, świadczą jedynie czem był niegdyś. Dziś jednak owocem kilkunastu lat pokoju, troskliwem rządu staraniem, nieco się podnosi. Powstają nowe budowle, odnawiają dawne, ulice brukują, i przy ciągłej takowej opiece, jest nadzieja że Sandomierz, stanie znowu w rzędzie miast znaczniejszych Polski.

Ciekawszych gmachów jego, widzianych w nich szczegółów, a nawet myśli marzonych, oto spis kolejny:

Kościół Katedralny. Był to niegdyś kościół Panny Maryi, założony niewiadomo przez kogo. Kazimierz Sprawiedliwy odnowił go, ozdobił i na stopień kollegiaty wyniósł, jak to świadczył napis nad drzwiami umieszczony. Mało gdzie w Polsce widzieć można piękniejszą, zwłaszcza wewnątrz budowę. Architektura jest gotycka, świątynia sama opiera się na ośmiu filarach grubszych u dołu, cienkich u góry, uderzającego kształtu i lekkości. Szkoda wielka, że ta piękność przyćmiona jest niezliczonem mnóstwem ozdób i obrazów, wcale nie odpowiadającej zalety. Malowania niżej będące okropne, wystawiają wszelkie rodzaje męczeństw; ośmiu wyżej wiszących, treść z Ewangielii wyjęta, i pędzel lepszy; jest wskrzeszenie Łazarza; niewidomemu z urodzenia wzrok wrócony itd. Jeden z tych obrazów ukrywa szczegół wiele nauczający. Po jednem z zaburzeń jakim ulegał Sandomierz, podobno po ustąpieniu Szwedów, zniszczoną katedrę Biskup i Kapituła własnym kosztem odnowić umyślili; lubo nakład był wielki, gorliwość ich wydołała wszystkiemu; a składka ochotnie i szczodrze przez tych zacnych kapłanów .składana, znaczną się okazała. Jeden tylko niegodny sługa ołtarza się znalazł; lubo majętny, nic dać nie chciał gdyż złoto nadewszystko cenił. Dano mu pokój, bo któż nie wie, że Bóg ochotne tylko dary mile przyjmuje - lecz pomścił się nad nim malarz: malując ośm obrazów o których mowa była, w jednym z nich, gdzie wystawiony Zbawiciel uzdrawiający chorych pełnych wiary i nadziei, umieścił w kąciku na wózeczku jednego, który trzyma w ręku miseczkę pełną złota i pewny że za nie zdrowie kupi; ale Zbawiciel nie patrzy ani na niego ani na złoto. Rysy chorego, który takie zaufanie w pieniądzach położył, żywcem miały być zdjęte z twarzy podobnego jemu sposobem myślenia.

W wielkim ołtarzu jest obraz Narodzenia Matki Zbawiciela; są piękne marmurowe schody i ganki, i z tego miejsca bardzo piękny na kościół widok. Wystawiałam tu sobie córkę Bolesława księcia Pomorskiego, skrycie za Łokietka się modlącą; myślałam, wyznaje, i o królowej Jadwidze, kiedy z chaty Reginy pieszo tu przyszedłszy, gorące prośby składała; myślałam także jak wiele razy w zaburzeniach, których przez tyle wieków doświadczał Sandomierz, łzy wdów i sierot te stopnie skraplały; ile tu modłów złożono, ile serc pociechy doznało? Katedra Sandomierska świeżo jest odnowiona, opasana murem z kratą żelazną, nakładem bardzo znacznym szanownego dzisiejszego Biskupa, który wszystkie dochody swoje na podobny cel obraca.

Zamek. Szczątki gmachu tego, który tyle doznał przemian i ciosów, który mało zachował śladu dawnej swej wielkości, dziś przerobione zostały na więzienia publiczne, bardzo porządne i niezmiernie obszerne. Niesposób i uchowaj Boże, aby je zapełnić mogli mieszkance województwa Sandomierskiego; zebrani z kilku pomieściliby się tu łatwo i wygodnie. Pierwsze w życiu mojem zwiedzając więzienie, nie mogłam uczynić tego bez wstrętu; występek i kajdany są. w oczach moich najwyższym szczytem upodlenia i niedoli ludzkiej: za niemi już nic okropniejszego nie ma. Z radością, może niechrześcijańską ale niewieścią, dowiedziałam się że na 107 więźniach, siedm tylko było kobiet. Wyszedłszy ztamtąd miałam ochotę wrócić do pobliskiej Katedry, modlić się za tych nieszczęśliwych, upokorzyć się przed Bogiem. Kiedy kto sam szczęśliwy a przypatrzy się z bliska nędzy bliźniego, zamiast radości i dumy, czuje w sobie jakieś upokorzenie i wdzięczność, trudne do wyrażenia.

Kościół i szpital Ś-go Ducha. Kościół ten świeżo odnawiany nic w sobie szczególnego nie zawiera, prócz starożytnego wizerunku Zbawiciela przeniesionego z zamku, przed którym jak twierdzą, ś. Kunegunda się modliła, ale za to, zwiedzanie szpitala prawdziwie i słodko mnie zajęło. Szpital ten założony jeszcze w r. 1222, przez Żegotę wojewodę sandomierskiego i Kanonikom Laterańskim pod dozór oddany, zniszczał prawie zupełnie; dziś skutkiem opieki szanownego biskupa, staraniem i gorliwością hrabi Leona Jelskiego komisarza obwodu i małżonki jego, dobroczynnością obywateli Sandomierza i okolic, znowu jest przytułkiem chorych i sierot schronieniem, a sprowadzone Siostry Miłosierdzia mają coraz większe pole do zadosyć uczynienia cnotliwemu powołaniu swemu. Miło mi było tam być: widok mieszkań i osób poświęconych uldze cierpieniom ludzkości. jest prawdziwym dla serca balsamem. I takowy widok pokorę wzbudza; patrząc na to co drudzy dla braci czynią, poznajemy najlepiej jak mało jeszcze uczyniliśmy sami.

Kościół OO. Reformatów. Ten kościół założony przez Marcina Dębickiego, podkomorzego krakowskiego roku 1668, w roku 1809 zupełnie zniszczony, dziś hojnością pobożnych odbudowany został, i jak wszystkie świątynie zakonnikom tej reguły oddane, jest prosty ale schludny. Nie wiem jakim sposobem mieści się tu nagrobek Zaklika z Czyżewa, kapłana Połanieckiego, z r. 1454. W tym kościele najwięcej wabią ciekawych groby. Skutkiem czystego i suchego powietrza, ciała przechowują się w nich bardzo długo bez zepsucia; widziałam leżące na piasku od lat blizko 20 trupy kilku zakonników, których rysy, ręce, nogi i ubiór, w zupełnej całości będące, jednakową jakby kamienna barwę przybrawszy, zachowały nawet wyraz twarzy za życia sobie właściwy. Nie każdy znieść może widok trupa, tego byłego mieszkania odbiegłej już duszy; nie powinienby on przecież być nieznośnym, ale jest bolesny: nie przez zwrot na siebie, boć w mocy jest naszej umrzeć dobrze, żyjąc dobrze, ale przez pamięć tych co się utraciło, których utracić można!... W tych grobach pokazują także ciało Izabeli Morsztyn, córki Stanisława i Konstancy z Oborskich Morsztynów. Zachwycającej urody, znakomitego rodu, znacznego wiana, wabiąc ku sobie oczy i serca wszystkich, wzgardziła wszystkim i ślubowała wejść do ostrego klasztoru. Śmierć przeszkodziła wypełnieniu tego ślubu; umarła świątobliwie mając lat 18, roku 1698.

Kościół i klasztor PP. Benedyktynek. Wielki ten gmach założony został roku 1616, przez Elżbietę z Gostomskich Sieniawską, dla córki Zofii, która tu pierwszą była ksienią. Wizerunki obydwóch są dotąd. Zakonnice teraz w liczbie 9-iu będące, trudnią się uczeniem dziewcząt. W kościele są w bocznym ołtarzu, trzy piękne twarze trzech świętych tegoż zakonu: ś. Scholastyki, Gertrudy i Matyldy, a w izdebce, gdzie przyjmują gości, tkwi w ścianie kula, w r. 1809 przez Polaków rzucona. Zakonnice z wielkiem staraniem obmurować i wygładzić kazały to miejsce. Szczególnem mi się zdawało to narzędzie wojny i zemsty w tom mieszkaniu pokoju i modlitwy - kula, śmierć i postrach nosząca, pielęgnowana przez lękliwe niewiasty.

Ratusz. Gmach ten starożytny zawiera w sobie wiele rzeczy ciekawych, zwłaszcza w aktach; przejrzałam wszystkie, tem ciekawiej, że na niektórych są własnoręczne królów polskich podpisy. Spisu ich i niektórych kopii, udzielił mi uprzejmy i świadomy prezydent miasta Sandomierza. Najdawniejszym aktem był ów Przywilej lokacyjny Leszka IV, ale nie ma go od niedawnego czasu. Z udzielonych sobie, dwa wypisać tu muszę: jeden dowodzi ojcowskiej i szczegółowej troskliwości Zygmunta Augusta, drugi zamożność Sandomierzan.

I.
Zygmunt August, z Bożej łaski król Polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki itd. Urodzonemu Andrzejowi Firlejowi z Dombrowice, staroście naszemu sandomierskiemu, wiernie nam miłemu. Przyjechali sam do nas niektórzy z mieszczan sandomierskich imieniem rady i pospólstwa wszystkiego miasta onego, na was się obciążliwie skarżąc o krzywdy i dolegliwości, które się od was mienią cierpieć. A jako wielkie bezprawia się dzieją im nad prawa i wolność ich, jako te krzywdy przed nami napisane ukazywały, a zwłaszcza w tem, że im bronicie lasów ku potrzebie miastu i mieszczanom nad prawa i wolność ich, niedbając nic na żadne mandaty nasze, które w tej mierze były do was wydane. Także też skarżyli się, że nie zwykłe Targowe wybieracie, dla czego targi niszczeją. Także też z nich miarę we młyniech większą nad starodawny zwyczaj biorą, nad postanowienie lustratorów. A gdy przez niedostatek młynów sandomierskich gdzieindziej wedle starodawnego zwyczaju jeżdżą, tedy im zboża zabierają. A iż też ż nich podymne bierzecie, które przedtym nie bywało. Że też sól Bocheńską imo skład sandomierski spuszczają na dół, dopuszczając też sługom swym nad prawa i wolność ich. Skarżyli się także, iż im oświadczenia żadnego w grodzie zamkowym przyjmować zakazujecie, dla czego oni wielkie krzywdy i nakłady cierpią i podejmują jeżdżąc gdzieindziej. Tem, że im gwałtem biorą na zamek drwa na brzegu wiślanym, które na Wiśle kupują. Item, że woźnego ziemskiego Mieszelskiego z domu od burmistrza gwałtem na zamek bijąc i mordując prowadzono. Item, że jednemu rajcy z nich zajęto z pastewnika czworo cieląt, których dotychczas nie wrócono. Temuż rajcy gwałtem wzięto kilkadziesiąt korcy mąki gdy ją z młyna inszego wieziono, dla niedostatku wody sandomierskich młynów. Item, iż jednego mieszczanina, Jana Czapnika, burgrabia zbił, że się chciał świadczyć, iż od niego nad postanowienie lustratorów naszych większą miarę we młynie brano. Także też skarżyli się, że nie chcecie nic dbać na glejthy nasze, grożąc i rozkazując sługom swym, aby tym to mieszczanom naszym lekkości i przegróżki czynili, dla czego oni nie są bezpieczni około zdrowia swego. Także też, iż teraz niedawnego czasu, mieszczanina jednego dobrze osiadłego, zwaśniwszy się nań, gwałtem z domu jego wzięto, bito i do więzienia wsadzono; którego do tego czasu nie-wypuszczono, grożąc mu jeszcze karać go na gardle, co my wszystko nie radzi słyszemy że takie skargi tu do nas na was tak często przychodzą. A tak was napominamy, rozkazując wam, żebyście tym poddanym naszym takowych gwałtów i bezprawia czynić nie dopuszczali, ale one owszem według praw i wolności ich we wszystkiem wedle starodawnego zwyczaju zachowali - a to coby im gwałtem i niesłusznie pobrano, żeby im zasię powrócono, żeby też byli wolni i bezpieczni od takowych przegróżek około, zdrowia swojego. Gdyż nietylko od was samego mają być w pokoju zachowani, ale też i od inszych macie je bronić i o nie mówić gdzieby się do was uciekli, ponieważ jesteście sami Starostą ich. Co się też tyczę żeście tego jednego mieszczanina do więzienia wsadzić kazali, nie żądając pierwej z niego od Rządu sprawiedliwości, jako osiadłego wedle praw im nadanych - tak wam rozkazujemy, abyście tedyż skoro ten List ujrzawszy, onego z więzienia wypuścić kazali; a gdziebyście temu rozkazaniu naszemu dosyć uczynić nie chcieli, tedy wam składamy czas i rok pewny przed nami na poniedziałek po Trzech Królach, ku usprawiedliwieniu tym to poddanym naszym abyście o tym wszystkim sami przez się nam sprawę dali, A jednak nie czekając tej sprawy, abyście tedyż zaraz tego mieszczanina z więzienia wypuścić kazali - a inaczej pod łaską naszą żebyście nie czynili.
Dań w Warszawie d. 15 Grudnia 1571 r.

II.
Zygmunt III z łaski Bożej Król Polski itd. Sławni Wierni nam mili. Potrzebując natenczas armaty, a nie mając bliższego miejsca skądbyśmy jej sposobniej dosiąc, jako od Wiernych was żądamy pilnie abyście te działy, które w Cekauzie swym miejskim macie, tak sporządzili i do nich kuł, prochów i kół pod nie usposobili, jakoby natenczas gdy po nie do W. W. poślemy w dobrym porządku były zastane i nam tam gdzie oznajmiemy odesłane. A my tę uczynność W. W. łaską naszą pamiętać chcemy, którym życzemy dobrego od Pana Boga zdrowia.
Dań z obozu naszego pod Przytykiem d. 3 Lipca r. 1607.

W ratuszu widziałam z upodobaniem nieco broni dawnej, a z odrazą dwa miecze, którym złoczyńcom głowę ścinano. Dlaczegóż to widok broni rycerskiej nie obudza w nas wstrętu, a narzędzie katowskie tak przykre? Wszak oboje do zadania śmierci przeznaczone? Bo i nie żyjące rzeczy maja: mowę i że tak powiem moralność swoją. Broń rycerska przemawia o waleczności, męztwie, nagrodach; miecz katowski o występku, zbrodni i karze: nic więc dziwnego, że odmienne wzbudzają uczucia.

Gmachy pojezuickie. Niegdyś obszerne i wspaniałe, mieściły kolegium szczodrą ręką Batorych, zamożną biblioteką obdarzone, a wzniesione najwięcej hojnością domu Gostomskich. Dziś po większej części rozwalone i strawione od płomieni, zawierają szkoły, i na mieszkanie Biskupa i Seminaryum dyecezalne są przeznaczone.



Kościół i Klasztor XX. Dominikanów. O rok założenia tego kościoła, o nazwisko i godność założyciela są spory; niektórzy mieszczą ten zakład w r. 1200, i przypisując go Adelajdzie córce Kazimierza Sprawiedliwego; inni nadając mu początek w r. 1226, Iwona Odrowąża biskupa krakowskiego, założycielem być mienią. To pewna, że tu spoczywają zwłoki Adelajdy; grobowiec jej z napisem jest piękny, trumna dębowa na czterech lwach oparta, a na niej wizerunek Księżniczki. Pokazują tu mieszkanie ś. Jacka, który nim osiadł w Krakowie, w Sandomierzu przebywał, i miejsce gdzie w czasie napadu Tatarów w r. 1260, zginęło od ich miecza 49-ciu Dominikanów. świadomi tego co w mieście się działo, widzieli że ich zgon czeka, ale bronić się większej sile nie mogąc, poddali się męczeńskiej śmierci. "Właśnie pod przewództwem przeora Sadoka śpiewali pobożnie jutrznią, kiedy wpadli barbarzyńcy i mieczem przerwali ich pienia. Kościół uczcił ich pamięć, i dzień ich śmierci dotąd tu świętem obchodzą.

Kościół Ś. Pawła. Kościół ten wewnątrz żadnej nie ma osobliwości, ale zewnątrz bardzo zajmuje; może w tysiącu miejsc podziurawiony jest kulami, rzucanemi przez Austryaków w r. 1809. Kiedyśmy się przypatrywali tym śladom wojny, przyszedł dziadek miejscowy, a widząc zdziwienie nasze powiedział: "Oj! gorąco tu było, gorąco! kule jak grad się sypały" - "Jakże to wiesz, staruszku?" spytałyśmy się. "Ba! jak nie mam wiedzieć, przecieżem tutejszy. Kiedy w owej straszliwej nocy, Austryacy szturm zewsząd przypuścili, 44ch Polaków broniło tego stanowiska, bo tu i okopy były; i mimo całej ich odwagi byliby wyparci, gdyż już szedł nieprzyjaciel drogą, gdyby nie przytomność oficera Bielińskiego, który w wąwozie armatę postawił. Zginęli tu prawie wszyscy niebożątka, ale tak od tego stanowiska jak od wszystkich, Austryacy odstąpić musieli". Miło mi było z ust prostego człowieka słyszeć to potwierdzenie męztwa Polaków. Takie świadectwa są często najpewniejsze.

Oglądziny Sandomierza zakończyłam przypatrywaniem się bramie Opatowskiej i okolicom. Brama jest piękna i starożytna, zajęła mnie jednak najwięcej świeżą pamiątka śmierci Marcellego Lubomirskiego: szukałam napróżno pomnika, któryby ją każdemu przypomniał (Dowiaduję się, że Xżę Józef Lubomirski uczcił pamięć brata, wystawując kościół w dobrach swoich na jego pamiątkę).

Pięknego i obszernego widoku na okolice z wielu miejsc użyć można, zwłaszcza z pod urządzonych tarasów pod zamkiem; widziałam ztamtąd nadobny Trześń, księcia Poniatowskiego główną kwaterę - Wielowieś, gniazdo domu Tarnowskich, mieszkanie mężnej Elżbiety, gdzie dotąd ślady wzniesionych okopów dla dworu królewskiego, świadczą pobyt kilkunasto tygodniowy Zygmunta u miłego sobie Spytka z Tarnowa, owego Pieniążka przeciwnika. Widziałam (za pomocą perspektywy, z wielkim żalem że tak z daleka) Dzików, głośny czarującem położeniem, dawnym zamkiem, zbiorem ksiąg, zabytków ojczystych i sztuk pięknych; rzadkich roślin doborem, przyjemnym ogrodem; pamiętny w dziejach podniesioną w nim konfederacyą w sprawie Stanisława Leszczyńskiego. Wskazywano mi jeszcze dalej, ale już dostrzedz nie mogłam, rozwaliny zamku królewskiego w Przyszowie; w którym dla łowów przebywali Piastowie. Z drugiej strony pokazywano z północy zatoczone wzgórza, zwane pieprzową górą; na nich niegdyś liczne spichlerze ożywiały widok, a handel wymienny z zamorcami prowadzony, za sławną pszenicę Sandomierską, wschodnie korzenie wprowadzał. Na prawo, dostrzegać się dają szczyty wież miasteczka i klasztoru Koprzywnicy, niegdyś XX. Cystersów, wzniesionego przez Kazimierza Sprawiedliwego; w nim to przebywał Kazimierz Wielki, ze szwanku z konia na łowach tknięty chorobą. Nieco w bok zwaliska zamku Jerzego Ossolińskiego. Te wszystkie miejsca widziałam tylko z daleka, ale zwiedziłam jeszcze blizkie Górki i Klimontów, dalsze, Kurozwęki i Staszów.

W tekście zachowano oryginalną pisownię oraz interpunkcję